Anna Dawidziuk-Łęczycka

Anna Dawidziuk-Łęczycka – specjalistka psychologii klinicznej i psychoterapeutka, pracująca w nurcie ISTDP, nauczycielka i trenerka ISTDP, rekomendowana przez Washington Institute Jona Fredericksona, a także superwizorka założycielska Polskiego Towarzystwa Psychoterapii ISTDP. Posiada certyfikat psychoterapii EAP. Praktykę rozpoczęła w 2008 roku na Oddziale Dziennym Mazowieckiego Specjalistycznego Centrum Zdrowia, im. prof. J. Mazurkiewicza, gdzie następnie pracowała 11 lat, zdobywając doświadczenie kliniczne z różnymi grupami pacjentów, i gdzie rozpoczęła specjalizację z psychologii klinicznej, zakończoną egzaminem państwowym w 2023 r.

Po ukończeniu Studium Psychoterapii przy Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie, rozpoczęła praktykę prywatną, współpracując z LP, a w 2016 roku wspólnie z dr Martyną Goryniak założyła Pracownię Psychoterapii i Treningu ISTDP Horyzonty. W 2013 roku ukończyła pierwszy w Polsce Core Training, kierowany przez Josette ten Have-de Labije, we współpracy z Jonem Fredericksonem, Allanem Abbasem i Patricią Coughlin, a następnie, w 2016 r., szkolenie nauczycielskie, rekomendowane przez IEDTA. W 2020 roku została zaproszona przez Jona Fredericksona do Jego grupy trenerskiej i w 2023 roku ukończyła to szkolenie.

Obecnie pracuje z pacjentami pod stałą superwizją Jona Fredericksona i Allana Abbasa, a także Zofii Milskiej-Wrzosińskiej. W Pracowni Horyzonty w Warszawie, oraz filii Horyzontów w Krakowie (www.istdp-terapia.pl) oferuje psychoterapię w klasycznym nurcie ISTDP oraz długoterminową psychodynamiczną, z elementami ISTDP. Pracuje z pacjentami indywidualnymi i grupami, w kontakcie bezpośrednim i online. W Pracowni Horyzonty kieruje Ośrodkiem Szkoleniowym ISTDP, który oferuje szkolenia wstępne Precore i całościowe Core Training, a także superwizje grupowe, warsztaty i webinaria: www.istdp-terapia.pl/osrodek-szkoleniowy.


I. ŚCIEŻKA ZAWODOWA


1. Co Cię popchnęło, by zawodowo zajmować się psychoterapią, w szczególności psychoterapią ISTDP?
Lubiłam obserwować ludzi, zastanawiając się, co nimi kieruje, kiedy podejmują niedobre dla siebie decyzje albo zachowują się w sposób, który nie sprzyja relacjom. Jeszcze w LO, pod wpływem dzieła Aleksandra Łurii, zainteresowałam się neuropsychologią, interesowało mnie biologiczne funkcjonowanie mózgu. Później moje losy potoczyły się w innym kierunku, a kiedy ukończyłam psychologię, zdecydowałam się specjalizować w psychoterapii, ponieważ w neuropsychologii i biologicznych mechanizmach zachowania było dla mnie zdecydowanie za mało o relacji. Pamiętam do dziś, jak na zajęciach z tego przedmiotu wykładowca, skądinąd świetny, wypowiedział zdanie, które wzbudziło mój niejasny sprzeciw, brzmiało to jakoś tak: „nie myślcie sobie, że tam w mózgu siedzi jakiś mały homunkulus, który kieruje tymi wszystkimi procesami, to chemia i biologia nimi kierują!”. Nie byłam szalona, żeby się z tym nie zgodzić, więc przemknęło mi, że w takim razie wolę się raczej zająć funkcjonowaniem umysłu, niż mózgu. Na Studium w Laboratorium Psychoedukacji zachłysnęłam się całą wiedzą, której mnie tam uczono, chłonęłam ją jak gąbka. To wszystko było dla mnie bardzo fascynujące i miałam już pojęcie, jak rozumieć tajemnice więzi. Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia, jak wiadomo, i oprócz ciekawości poznawczej zapragnęłam pomagać, i to skutecznie. Zaczęłam szukać jakiegoś nurtu, który łączyłby rozumienie źródeł trudności z konkretnymi narzędziami terapeutycznymi, które można by stosować tu i teraz, chciałam widzieć dowody zmiany naocznie.

Miałam to szczęście, że w tamtym czasie do Polski na zaproszenie LP zaczęli przyjeżdżać mistrzowie ISTDP, najpierw Jon i Josette. Zainteresowało mnie to, tym bardziej, że książka Jona „Psychodynamic Psychotherapy: Learnig to Listen from Multiple Perspectives” była przez nas tłumaczona i opracowywana w ramach seminarium u Zosi Milskiej-Wrzosińskiej. Zaproszeni goście pokazywali wówczas fragmenty swoich sesji, pamiętam, z przełamanem do mieszanych uczuć. To był szok, który sprowokował zwrot w moim myśleniu o pomaganiu. Nie rozumiałam wtedy, jako początkująca adeptka psychoterapii, ani jak do tego dochodziło, że te przełomy miały miejsce, ani w jaki sposób powodowało to trwałą zmianę u cierpiącej osoby. Wiedziałam tylko, że bardzo chcę się tego dowiedzieć, i tak to się zaczęło.

2. Pamiętasz moment, w którym poczułaś, że chcesz zostać nie tylko psychoterapeutką, ale i superwizorką w ISTDP? Co to był za moment? Dlaczego zajmujesz się superwizją ISTDP?
Sądzę, że zalążek pomysłu i potrzeby pojawił się w momencie uruchomienia Pracowni Horyzonty, w nazwie której „trening ISTDP” stanowi istotną część. Niedługo po założeniu ośrodka, udało mi się skonstruować sześć jednodniowych warsztatów ISTDP, stanowiących całość i przeprowadzić w ciągu trzech lat we współpracy z Martyną około dwudziestu edycji tych mini szkoleń. Tworząc te warsztaty bardzo dużo się uczyłam i odbierałam od kolejnych grup zachęty do kontynuacji. W pandemii zrobiłyśmy przerwę, a niedługo potem przyszło zaproszenie od Jona do jego grupy trenerskiej. Dość szybko zauważyłam, że dzielenie się swoją wiedzą w sposób bezpośredni sprawia mi wielką przyjemność. Dużo czytałam o tym, jak się to robi i czujnie obserwowałam Jona w jego pracy. Nadal sprawia mi to ogromną frajdę, uzupełnia moją pracę z pacjentami, którą uważam za dużo bardziej wymagającą, i nieraz daje od niej wytchnienie. Pamiętam, jak dziwiłam się, kiedy Jon potrafił pracować cały dzień i pod jego koniec wyglądał nadal świeżo. Odpowiedział mi wtedy, że to oczywiste, bo on świetnie się bawi i odpoczywa, superwizując. Ja mam w sumie podobnie, zajmuję się tym, bo bardzo to lubię.

3. W jaki sposób teraz się rozwijasz jako psychoterapeutka i superwizorka? W jakich szkoleniach brałaś udział w ostatnim czasie? 
Czerpię bardzo dużo z superwizji moich przypadków, zarówno terapeutycznych, jak i superwizyjnych od moich superwizorów, Jona i Allana, oglądam ich filmy szkoleniowe i moje własne filmy z sesji, a także filmy moich kolegów. Kiedy czuję, że brakuje mi jakiegoś elementu, bo się zestarzał i potrzebuję go aktualizować, albo czegoś nie wiem, korzystam np. z dostępnych szkoleń online na konkretny temat, np. u Allana Abbasa, albo podcastów Patricii.

Staram się wybierać szkolenia i warsztaty,  które uzupełniają i dookreślają mój warsztat, niż go tworzą, i raczej aktywnie szukać, niż reagować na każdą propozycję, która jest dostępna, np. warsztat, w którym ostatnio brałam udział, dotyczył pracy z kobietą z objawami OCD w relacji z dzieckiem. Było dla mnie ciekawe zobaczyć Deborę Pollack w pracy, i nad tak złożonym zagadnieniem. Takie spotkania mnie budują jako psychoterapeutkę i również superwizorkę. 

Zauważyłam też, że nadal dużo się uczę, kiedy czytam, przygotowuję się do zajęć i nadaję swój własny kształt materiałowi szkoleniowemu. Uważam, że powtórek nigdy dość, zwłaszcza w tak złożonym temacie, jakim jest ISTDP. Powtarzając, zauważam inne, czasem zaskakujące aspekty treści, które wydawałoby się, że znam już na pamięć. Chciałabym mieć więcej czasu na studiowanie tego nurtu, i jednocześnie chcę też robić coraz więcej miejsca dla innych spojrzeń w psychoterapii, aby rozbudować mój warsztat terapeutyczny i superwizorski. Ostatnio ciekawi mnie bardzo IFS (System Wewnętrznej Rodziny), który jest podejściem humanistycznym, pomagającym głębiej rozumieć mechanizmy obronne, a także zagadnienie wielopokoleniowego dziedziczenia traumy. Chciałabym zacząć łączyć te spojrzenia z ISTDP, aby móc skuteczniej pomagać w traumie złożonej. Ciekawe, co by o tym powiedział doktor Davanloo? 

Lubię też inspirować się wydarzeniami konferencyjnymi, znajduję tam wiele ciekawych myśli, które potem jakoś przetwarzam i wybrane pogłębiam. 

4. Gdybyś mogła spotkać siebie z początku drogi zawodowej – terapeutycznej i superwizorskiej, jaką jedną radę byś sobie dała?
Gdybym miała wybrać jedną radę, to byłoby to coś w rodzaju „rób dziewczyno wszystko po kolei”. Zdecydowanie. Najpierw szkolenie podstawowe, a potem zaawansowane. Ja byłam trochę za bardzo w gorącej wodzie kąpana. Zabrałam się za ISTDP na drugim roku szkolenia w Studium, kiedy nie nie miałam jeszcze ugruntowanych podstaw. Były więc chwile zwątpienia, w późniejszych latach kosztowało mnie to sporo trudu, kiedy np. próbowałam pracować z pacjentami w oparciu o ich emocje, a zapominając o własnych, dążąc ku spektakularnym przełamaniom bez gruntownego rozeznania w psychodiagnozie. Na szczęście cały czas byłam w gęstej superwizji ISTDP u Jona, Patrycii, i Josette, którzy pomagali mi wychodzić z opałów. 


II. RELACJA SUPERWIZYJNA

5. Jaka jest Twoja osobista definicja „dobrej superwizji”?
Według mnie dobra i pożyteczna superwizja to taka, z której superwizanci wychodzą wzmocnieni zarówno o informacje o tym, co już robią dobrze, jak i co mogą zrobić lepiej następnym razem. Zawsze jest coś, co superwizant/ka robi dobrze. Uważam, że to jest kluczowa informacja, którą superwizant/ka powinien otrzymać na swojej superwizji, nawet jeśli reszta jest do poprawy. To coś pozytywnego wskazuje na zasób psychoterapeuty, który może być dalej kształtowany i świadomie wykorzystywany w gabinecie. Jeśli chodzi o uwagi, to nigdy ich nie brakuje, i w warstwie relacji z pacjentem, i z superwizorem, w związku z tym staram się o to, aby superwizanci, w wyniku odpowiednich pytań z mojej strony, uzyskali wgląd w to, czego dotąd nie wiedzieli lub nie widzieli. Uczę się tego, by dostarczyć konkretnej osobie takiego kawałka superwizji, jakiego w tym momencie niezbędnie potrzebuje, a więc nie wszystkiego naraz, czasem jedynie wiedzy o jakiejś technice, kiedy indziej zajmujemy się wewnętrzną blokadą. To nie jest łatwe, wymaga dużej ilości ćwiczeń z mojej strony, aby rozpoznać aktualną potrzebę.

6. Jak wygląda Twój styl pracy w superwizji? Na co najbardziej zwracasz uwagę w relacji superwizor – superwizant?
Lubię zapraszać moich superwizantów do wspólnej obserwacji i myślenia, nie zakładając, że wiem coś lepiej albo więcej o ich pacjentach. Prawda jest taka, że wcale nie wiem więcej o pacjentach moich superwizantów, widzę tylko małe fragmenty sesji z nimi, mgnienia relacji i tylko do tych mgnień precyzyjnie mogę się odnieść. Resztę znają ich psychoterapeuci. Ja pomagam im tę wiedzę wydobyć poprzez zadawane pytania. Uważam przy tym, aby unikać stylu mentorskiego, bo sama niewiele się w oparciu o taki styl pracy nauczyłam.

Obserwuję poziom lęku, całkiem podobnie, jak na sesjach z moimi pacjentami i zanim przejdziemy dalej, obniżamy lęk, kiedy okaże się zbyt wysoki. Zbyt wysoki lęk jest w stanie pożreć bezlitośnie całą pracę superwizyjną. Drugą rzeczą, którą obserwuję jest to, czy superwizant/ka potrafi podać konkretny problem, z którym się zmaga w pracy z danym pacjentem w kategoriach klinicznych. Wtedy widzę, czy dana osoba potrafi myśleć w tych kategoriach, czy dopiero potrzebuje się tego nauczyć, a ponadto wtedy po prostu wiem, jak mogę jej pomóc i na co zwracać uwagę, aby superwizja miała szansę być pożyteczna.

7. Czego wymagasz od swoich superwizantów, a co oferujesz im w zamian?
Superwizja w nurcie ISTDP zakłada pokazanie fragmentu sesji wideo z pacjentem. Kiedy nie widzę takiego fragmentu, mogę odnieść się do przypadku tylko bardzo ogólnie, definicyjnie. Bardzo nie lubię tego robić w ramach superwizji, bo uważam, że to przynależy części szkoleniowej. Dlatego zapraszam te osoby, które mogą i chcą pracować ze swoimi pacjentami w oparciu o swoje nagrania sesji. Oczywiście, jeśli terapeuta nie uzyskał zgody na nagrywanie sesji, wówczas możemy zająć się jakimś aspektem „na sucho”, zawsze jednak wtedy zastrzegam, że to nie będzie obiektywne. Chcę też zacząć wymagać obecności i stałości, podobnie, jak to się ma z moimi pacjentami. Jestem tutaj w procesie. Za wysiłek włożony w przygotowanie sesji mogę oferować własny wysiłek, związany z moją uważnością. Im przypadek jest lepiej „opracowany” na wstępie, problem pacjenta i superwizanta przemyślane i zlustrowane adekwatnym fragmentem sesji, tym to, co ja mam do dania, staje się bardziej wartościowe. Natomiast na zaawansowanych superwizjach grupowych, kiedy czasu starcza, czasem zdarza mi się pokazywać fragmenty moich nagrań, które wspólnie z grupą omawiamy, lub robić takie mini szkolenia z zagadnień szczególnie skomplikowanych.

8. Z jakimi trudnościami u swoich superwizantów najczęściej się spotykasz?
Przede wszystkim, że jeszcze nie wiedzą, a już chcą iść dalej. Ze względów, o których piszę wyżej, staram się być na to szczególnie uważna. Rozumiem doskonale tę niecierpliwość, czasem irytację, i staram się doceniać zaangażowanie i trud włożony w tę pracę. Jednocześnie, pomna swoich przygód, stoję na stanowisku, że nie można wiedzieć czegoś, czego póki co się nie wie. Inna, bardzo częsta trudność dotyczy kłopotu z nauczeniem się konkretnego narzędzia, np. presji, czyli przerwania obronie pacjenta, aby zachęcić go do zrobienia czegoś dobrego dla siebie. Psychoterapeuci, często już bardzo doświadczeni i zdolni, bywa że nie są w stanie tak pracować z powodu własnych emocjonalnych uwarunkowań czy blokad. To jest szczególnie ważne, aby wtedy najpierw pracować nad konkretną blokadą, mieć ją na uwadze, i pomóc rozbrajać. Potem nauczenie się techniki jest już tylko kwestią czasu.

Czasem moi superwizanci zastanawiają się, czy nie pracujemy zanadto terapeutycznie, bo przecież superwizja to nie terapia. Zgadza się, i jeśli superwizant ma emocjonalną blokadę i jest w swojej psychoterapii, na której z tym pracuje, to zwykle wystarcza, i wtedy mogę spokojnie skupić się z nim na stronie pacjenta. Tak nawet wolę. Poważniejszy kłopot pojawia się, kiedy jakaś trudność nie jest objęta uwagą osoby, która jest w superwizji. To jest wówczas kwestia, która wymaga daleko posuniętej delikatności, której się nadal uczę. I wreszcie, nie mogę o tym nie wspomnieć, sprawa pokazywania fragmentów swoich sesji wideo. To na każdym etapie współpracy wzbudza sporo lęku, wątpliwości i karmi surową część superego wszystkich superwizantów – włącznie z moim własnym, kiedy sama się superwizuję. Być może pocieszające jest tutaj to, że dotyka to absolutną większość osób pokazujących swoją pracę, więc zawsze można się oprzeć na grupie wsparcia!


III. MISJA 

9. Z jakiego powodu angażujesz się w tworzenie Polskiego Towarzystwa Psychoterapii ISTDP? Na czym Ci zależy w pracy na rzecz tworzenia standardów wyszkolenia i certyfikacji w Towarzystwie? 

W Zarządzie PTP ISTDP kieruję pracami związanymi ze standardami praktyki i wyszkolenia, a także przyszłą certyfikacją w tym nurcie. Z tego powodu przede wszystkim zaangażowałam się w to ogromne przedsięwzięcie, jakim było zbudowanie towarzystwa od podstaw, ale nie tylko dlatego. ISTDP istnieje w przestrzeni polskiej psychoterapii w tej chwili od niemal 20 lat, a mimo to, z jakichś powodów nie jest szeroko znane, ani respektowane w sposób, na jaki zasługuje. Wydaje się, że wygląda to całkiem inaczej, niż np. w niektórych krajach skandynawskich, gdzie nurt ten zdobył już sobie dużą renomę i doczekał się państwowych standardów.

Zastanawiamy się w naszym środowisku, co może być tego powodem, że nie stało się tak dotąd u nas. Towarzystwo, które skupiło pod swoim parasolem praktyków różnych nurtów ISTDP, emanujące pozytywnym przekazem i oferujące integrację wydało się nam, pomysłodawcom i założycielom, brakującym ogniwem. Chcemy, i to już się dzieje, aby ISTDP wyszło wreszcie z psychoterapeutycznej niszy i dumnie oraz otwarcie pokazało swój ogromny potencjał do leczenia ludzkiej psychiki. To może też dziać się w Polsce, gdzie pomoc psychoterapeutyczna jest tak bardzo potrzebna.

Częścią jednak tej diagnozy jest według mnie właśnie brak standardów praktyki, która jest wymagająca, a szkolenie długotrwałe i nie tanie. Aby psychoterapeuci chcieli szkolić się w tym nurcie, a więc aby mogło nas przybywać, i by chcieli kontynuować pracę w nim, potrzebują mieć poczucie bezpieczeństwa, że robią to zgodnie z obowiązującymi standardami praktyki i superwizji. Potrzebują mieć motywację, że ich wysiłek włożony w naukę i praktykę opłaci się nie tylko w sensie finansowym, ale też perspektywicznym, że będą mogli uzyskiwać certyfikację, czyli glejt, że potrafią tak pracować oraz szansę na dalszą „karierę” w tym kierunku.

Podobnie pacjenci. Oni też potrzebują mieć pewność, że trafiają do kompetentnych terapeutów ISTDP, którzy uczyli się według obowiązujących standardów i mogą liczyć na ich skuteczną pomoc.

Ktoś może powiedzieć, ze przecież ISTDP jest formą psychoterapii psychodynamicznej, więc po co robić osobną certyfikację? Jest jednak formą trudną, ze względu m.in. na techniki, którymi operuje i niestety nie da się ich nauczyć na dwóch weekendowych kursach. Wymaga paroletniego szkolenia, precyzyjnego i często związanego z korektą dotychczasowego myślenia o pomaganiu. Ten wysiłek jednak bardzo się opłaca. Jeśli więc chcemy, jako środowisko, aby ISTDP zyskało należne jej miejsce w polskiej psychoterapii, potrzebujemy własnych standardów.

10. W jaki sposób wg Ciebie nasze Towarzystwo może najlepiej odpowiedzieć na obecne potrzeby i wyzwania w polskiej psychoterapii? 
Psychoterapia czeka jak wiemy na swoją ustawę regulującą, która określi, co jest leczeniem, a co nim nie jest. Wszyscy wiemy, jak długo i często bezskutecznie czeka się w Polsce na pomoc psychoterapeutyczną. To znów wymaga dobrej diagnozy. ISTDP, wierzę w to, jako podejście z założenia krótkoterminowe mogłoby z powodzeniem odpowiedzieć na szerokie potrzeby naszego społeczeństwa w sposób skuteczny. Myślę, że dobrze przeszkoleni psychoterapeuci ISTDP, pracujący za sensowne wynagrodzenie w NFZ byliby w stanie przerzedzić te dantejskie kolejki na psychoterapię. Marzę o tym, aby decydenci, zajmujący się projektem ustawy o zawodzie usłyszeli o nas, zaufali nam i zaprosili do rozmów. Nasze towarzystwo powinno pracować na różne sposoby na rzecz dotarcia do tych osób, które decydują, jak będzie wyglądała polska psychoterapia w jej prawnym aspekcie. Piszę to, jako psycholożka kliniczna, która przez 11 lat pracowała w realiach oddziału dziennego, a także w ramach specjalizacji odbyła staże na kilkunastu oddziałach, gdzie pobyty były ograniczone do najwyżej 12 tygodni. Doświadczyłam tego, w jaki sposób w ramach jedynie parunastu, a czasem paru sesji ISTDP pacjenci uzyskiwali konkretną ulgę od uporczywych objawów lęku i depresji. ISTDP potrafi odpowiedzieć w krótkim czasie na potrzeby pacjentów dzięki konkretnym, ustrukturyzowanym technikom skutecznej regulacji lęku i mechanizmów obronnych przed doświadczaniem lęku.

11. W jakim kierunku chciałabyś, aby rozwijało się nasze Towarzystwo w ciągu najbliższych 5 lat?

Chciałabym, abyśmy mogli współpracować z innymi towarzystwami na rzecz wspólnego psychoterapeutycznego dobra. Jednocześnie potrzebujemy umacniać naszą pozycję i pracować na rzecz wizerunku naszego podejścia, jako skutecznego, bezpiecznego i opartego na dowodach naukowych, a więc widzę oczami wyobraźni ferment naukowy w związku z projektami badawczymi, a także solidną bazę ukonstytuowanych standardów, na której będą mogli opierać się psychoterapeuci i pacjenci.


IV. ZA KULISAMI

12. Jak Ty sama dbasz o swoją higienę psychiczną i zapobiegasz wypaleniu?

Jako kobieta z plecakiem wędruję, głównie po górach, ostatnio Tatrach Wysokich, po Jurze i Galicji, po wsiach beskidzkich, i po ulubionym Ojcowskim Parku Narodowym, gdzie z moim mężem mieszkamy, najmniejszym parku w Polsce, i najpiękniejszym.  Odkąd nie ma z nami naszego psa, stałam się większą domatorką, bo już nie mam tej samej frajdy z wędrowania bez niego. Czekam na moment, kiedy moja radość z z wędrowania powróci. Ale poza tym ładuję silniki w moim podkrakowskim domu. Mamy tam sad czereśniowo-śliwkowy, który jest naturalnie piękny o każdej porze dnia i roku, i teraz stał się już całkiem nieukształtowany. Już kiedy wyruszam w kierunku domu, moja energia gwałtownie wzrasta i po wielu latach za każdym razem czuję, jakbym jechała tam po raz pierwszy. To musi być miłość !

I bardzo lubię spać! Uważam, że mam dar snu i zasadniczo, jeśli uda mi się zamknąć oczy przed północą, mam dużą szansę obudzić się rano wypoczętą i gotową na doświadczenie kolejnego wschodu.

13. Co najbardziej inspiruje Cię poza światem psychoterapii (książki, filmy, podróże, hobby)?
Oczywiście wszystkie te wspaniałe rzeczy! Inspiracje można czerpać z każdego przejawu rzeczywistości, a głównie z jej drobnych chwil. Moją odwieczną inspiracją jest Galicja, czyli młodopolski Kraków. Jestem w stanie zainspirować się tutaj wszystkim, nową inscenizacją „Wesela” w Słowackim, witrażem na klatce kamienicy na placu Szczepańskim, kawą lub cydrem wypitym na Brackiej, albo śladem po mezuzie na jakiejś kazimierskiej bramie, i tak dalej. Uwielbiam to miejsce do tego stopnia, że udało mi się wspólnie z mężem zbudować tutaj dom, i myślę że to nie przypadek, że stanął on całkiem niedaleko Rydlówki w Bronowicach. Lubię wędrować po Galicji i mojej Jurze, czytam o niej książki, biograficzne, poetyckie, geologiczne (to głównie mąż), krajoznawcze oraz ogrodnicze, a nawet kryminalne historie, w które z jakichś względów Galicja obfituje. Poznaję tutaj bliżej Szymborską, Stryjeńską, Pawlikowską-Jasnorzewską, Witkacego, który zawsze mnie do siebie ciągnie, zwłaszcza w Zakopanem. Z Tatr jest blisko w Pieniny, a potem już tylko krok w Beskidy, do Wołowca i Bartnego, gdzie mieszka inna część mojego serca. Galicja mam wrażenie cała jest sztuką i tajemnicą, i może to moje młodzieńcze iluzje za tym stoją, ale całkiem mi z nimi dobrze i relaksująco.

14. Gdybyś nie została psychoterapeutką, to kim byś była?
Może – poetką krajowej sławy? 😉 Sporo czytam i korzystam z książek poetyckich. Doceniam precyzję poezji, to, w jaki sposób można opisać ważny, piękny albo skomplikowany kawałek rzeczywistości w kilkunastu wersach, i nic nie uronić z prawdy o nim. Moich własnych prób jednak nie ośmieliłabym się pokazać żywym 🙂  Przed psychologią ukończyłam filologię klasyczną i potem pracowałam jakiś czas jako dziennikarka kulturalna. Najbardziej prawdopodobne jest więc, że gdyby nie psychoterapia, nadal oglądałabym wszystkie premiery teatralne. 

4. Jaką przeczytaną książkę (niekoniecznie naukową) poleciłabyś każdemu terapeucie/terapeutce ISTDP? 
Spośród wszystkich książek, które przeczytałam, nie ma chyba takiej, która lepiej opisywałaby, czym jest myślenie oparte o ISTDP,  niż „Kłamstwa, którymi żyjemy” Jona Fredericksona. To nie jest książka naukowa, ani beletrystyczna, ale rodzaj eseju, w którym autor z przejmującą dobitnością obnaża iluzoryczność naszego myślenia o świecie. Pokazuje, czym są obronne manewry, których używamy, aby, jak sądzimy, przeżyć, i jak bezwzględnie potrafią sparaliżować naszą egzystencję. Zrozumienie, jaką funkcję mają mechanizmy obronne przed lękiem i jaką płacimy za nie cenę jest samym sednem ISTDP. Niektórzy moi pacjenci i pacjentki czytają tę książkę przed podjęciem decyzji o rozpoczęciu terapii.

A poza tym chętnie przypomnę, o „Chwili” Wisławy Szymborskiej, niekoniecznie terapeutom. 

Dziękujemy 🙂